Weekendowy wyjazd do Berlina w skrócie:
pojechała nas piątka, mieliśmy zajebistą pogodę, słoneczko, ciepło, aż się chciało jeździć :)
Perwoll i Kowal całą sobotę siedzieli w MellowParku i męczyli skate park, natomiast bardziej dualowa część wycieczki pojechała pozwiedzać okoliczne lasy w celu znalezienia hopek znanych z nieistniejącej już internetowej strony www.berlin-insane.de.
A tymczasem w MellowParku Kowal
zaliczył nieprzyjemny upadek z rampy startowej na dircie, przez co nie mógł sobie chlebka w spokoju posmarować. Okazało sie
niestety, ze ma złamany obojczyk i przez około 6 tygodni nie
pojeździ... Około 40 minut bezskutecznego kluczenia po ciasnych uliczkach, by zaparkować wóz... w końcu udało się przesunąć kawałek betonowego bloku na chodniku pod drzewem i zaparkowaliśmy furgonetkę... Sama impreza była całkiem przyjemna. Wielka hala w której postawiono scenę z szarpidrutami i drzypyskami z jednej strony miała wybudowaną podwójną rampę dirtową na której odbywał się właściwy BMX JAM. Poziom trików widać na fotosach :) Plusem była muzyczka i darmowe drinki dla fotograferósw. W sumie ciekawa koncepcja, może chodziło o rozmazanie rzeczywistości? Ogólnie po kilku godzinach oglądania, rozdziawiania papy i komentowania wyczynów bohaterskich operatorów dwudziestocalowych maszyn, wyszliśmy na zimne, Berlińskie powietrze w celu posadzenia tyłków w naszej furgonetce i udania się na zasłużony spoczynek. Nie było to łatwe, bo krążenie po centrum w poszukiwaniu trzech metrów kwadratowych na nasz latający dywan nieco zmyliło nasze czujniki nawigatorskie. W końcu namierzyliśmy uliczkę i jakież było nasze zdziwienie, kiedy zastaliśmy... puste miejsce! Biała furgonetka wyparowała! Co się okazało? jedyne miejsce jakie znaleźliśmy należało do terenu bodaj straży pożarnej, przy której nie można było parkować. Ale nikt sobie z tego nic nie robił, więc po tych paru godzinach po wielu samochodach z tego terenu już nie było śladu. Uprzejmi Panowie Mundurowi w oliwkowych koszulach poinformowali nas, że owszem, samochód by się odnalazł, ale najpierw gotóweczka na stół i oni wskażą miejsce pobytu naszego transportera. No to skruszeni, bogatsi o nowe doświadczenie i niemogący się doczekać ciepłego wnętrza fury człapiemy te 300 metrów rozgladąjąc się za jakimś policyjnym parkingiem. Po drodze w oczy rzuciła nam się jakaś zakręcona reklama czegoś trudnego do zidentyfikowania. Po kilku kilometrach stwierdziliśmy, że coś nie gra i się cofamy. Znowu budynek Policji, znowu uprzejme machnięcie dłonią: "Tam idźcie!" No to idziemy... znowu zimno, i znowu ta reklama i znowu kilometr i nic. Wracamy zaniepokojeni, już nie komentujemy tego cholernego billboardu. I całe szczęście, bo... po drugiej stronie ulicy stoi NASZ SAMOCHÓD! Koniec... To działo się naprawdę :) Foty i klikanie: Zabel |








