
Wyjechaliśmy wcześnie rano... na grzyby jechaliśmy, do pobliskich lasów, we czwórkę. Tak jechaliśmy jechaliśmy, bo ponoć lepsze pokłady grzybowe to na południe... dojechaliśmy aż pod Wałbrzych... a tam grzybów niewiele... ledwie kilka twardzioszków przydrożnych i workotrzęsaków galaretowatych. Nic to... jaka schiza gdy z lasu żeśmy wypełzli... a tu hałas, normalnie igrzyska we wsi... latają na rowerach, jakieś górki usypane wielkie...

ale mówili, ten mówił ten co taki najlepszy ponoć... to właśnie on mówił że ten tor to taki na chama, taki betonowy, że bez sensu, że chaos przetrzymać trzeba, a i tak wygrał, bo on dobry był i już tak od małego szkraba na tych kółkach za dziadkiem ganiał... to on się nauczył i teraz umie, i wycisk daje, nie odpuszcza i skarpety tęczowe pod nogawicą dzierży... ale kilku było takich, co też umieli: norweg, szwajcar to też kozaki były... no i kumpel tego mistrza od skarpet...
Polaczki też między czempionami byli... oni bardzo chcieli... chcieli wygrać, tak jak ja króla grzybów posiąść, jednak ta pierwsza, najważniejsza faza... start... to oni w ogóle, do tej maszyny zza granicy przybyłej... oni z nią na bakier, oni nie bardzo... ale walczyli dzielnie... dobre są chłopaki...


Nic to, oczy w międzyczasie przetrzeć było trzeba, bo i damy piękne - kręcić korbą potrafią! A te z Francji - one to jak żony dla tych Czeskich panów... też posiadły moc jak He-Man. Hymny państwowe, oklaski... to na koniec... dla zasłużonych... dla wszystkich... i flagi... czasami gdy brakło dwóch w tych samych barwach... to taką nową ...uniwersalną... na każdą okazję... wieszano... i marsze grano i folklor... przepięknie. Z braku grzyba na wałbrzyskiej ziemi, następnego dnia część drugą mistrzostw w rowerach oglądać poszlim... 
tym razem z górki jeździli... na łeb... na szyję... na karku złamanie... trasa piękna... różnorodna... przeszkodami najeżona...
Panienko przenajświętsza jak oni pędzili, a maszyny złowieszczej na starcie nie było to i polska brygada na wyżyny się wznio sła... jak równy z równym z najlepszymi walczyli... i ten z wysp co przyjechał... co postać tak wielka... toż on jak zaczarowany, jak alladyn na perskim dywanie, po trasie pomykał... bo on to piwo tak żłopał... tak mu ono kopa dało... co do pań, to znowu te z Francji, szybkie babki to są, oj szybkie gadać szkoda.
I znów proporce na masztach... i hymny i bukiety, a pogoda wspaniała... tylko tej grzybni brakło. A wieczorem na traktach, na chodnikach.... gwara i miodu spijanie... się gawiedz weseliła.
I nastał ten dzień co klęske przyniósł, co złośliwie blaszane pojazdy spoliczkował... co drogę powrotną grzybiarzom utrudnił... ale my nie z tych co się poddają, jeszcze wieczora dnia tego, w sklepie kolorowym na wagę pieczarki kupowałem... Mówią mi, że po tym uderzeniu coś mi się we łbie pomieszało, że od rzeczy gadam... ale nie... ja w to nie wierze... skoro w klawikord stukam to znaczy, że jest spoko... tak... jest spoko...
Bajarz Kot foty: Zabel P.S. Tekst ten dedykuję Panu Borsukowi i jego właścicielce przede wszystkim.

|