Tor
okazuje się być bardzo przyjemny, szeroki, zadbany i z dużą ilością
przeszkód (zważywszy na około 20-25 sekundowy czas przejazdu) i jest
płaski. Napędzamy się więc ze sporej górki startowej (wielkie brawa za
konstrukcje bramki startowej - wajcha od maszynki do mięsa rządzi!!!), a potem staramy się do mety utrzymać prędkość dokręcając gdzie się da - banalne czyż nie? Właśnie
nie, bo przez brak nachylenia terenu po kilku/nastu przejazdach z rzędu
brakuje pałera. Trza więc uzupełnić niedobory energetyczne, a w tej
kwesti rządzi niepodzielnie szuflandia....czyli sklep rodem z
king-size'u (sklep o gabarytach 2 metry na metr).
Po spędzeniu prawie całego dnia na torze lądujemy w domu, którym
opiekuje się jeden z członków sekty OneManTeam - Tomo (dzienxy). Tam
właśnie będziemy spać i.... nie tylko. Burza ma jednak nadejść za
kilkadziesiąt minut... i nadchodzi...pod postacią Toyoty Vito wraz z
zawartością.
Jak na profesjonalny team przystało chłopaki już
mają oczka jak szparki, a towarzyszy im pewna tajemnicza niewiasta. Po
chwili cała ekipa, oprócz Grzesia wybiera się na wycieczkę pod tytułem:
"Warsaw by night", a my (Teye) wraz z nim (Grzesiem) nadrabiamy braki w
kulturze azjatyckiej ??!!?? Dodatkowo wspomagani "środkami
przeciwbólowymi z lodówki" osiągamy ciekawe stany mentalne. Po powrocie
reszty melanż osiąga stany pokaźne i po kolei usypia kolejnych
sportsmenów. Rano jest ciężko, oczy nadal są azjatyckie, ale nasz czas
nadchodzi, tak więc przy pomocy zmotoryzowanego transportu około 9
lądujemy na torze.
I tu miłe zaskoczenie, pojawiła się cała wuchta rajdersów (w sumie chyba coś koło 70 zapisanych osób). Kolejka do przejazdów treningowych przypomina Cestoda (sprawdźcie, to z łaciny:), a organizatorzy uwijają się jak w ukropie.
Rudy czyli pierwszy krasomówca rzeczpospolitej robi jak zawsze za
wodzireja i nawija o tym i o tamtym...a dodatkowo co jest rzadkością na
zawodach tego typu przerwy między wyścigami umilają lokalne szarpidruty
- jednym słowem spoko w... O samych wyścigach nic nie piszę
bo mi się nie chce (spałem 4 godziny), a zainteresowanych odsyłam do
ewentualnych drabinek, tabelek, fotek, wyników etc... Się więc
chłopaki, dziewczyny-także (chyba trzy naliczyłem) - ścigały, skakały,
glebiły i bawiły...a między nimi latały sekciarze-organizatorzy z
miotłami, łopatami i na bieżąco poprawiali wszelkie ubytki w ziemnych
budowlach. Impreza była więc jak najbardziej udana, (znów dalej nie
chce mi się nic wymyślać) No może jeden minus - patent wyznaczania
linii mąką należy do poznańskiej ekipy, a tantiemy za wykorzystanie
powyższego patentu do dziś nie zostały uregulowane. Na koniec chciałbym jeszcze w mega skrótowy sposób wymienić to na co wróciłem uwagę podczas tych dwóch wspaniałych dni, a więc: - kaszanka to danie wegetariańskie - wspomniany już wąs Sierściucha był ogólnie rządzący - pojawiła się goła dupa Waldemara Kiepskiego  - szuflandia shop - hasło zawodów: "luzuj ziooooom" - impreza w niedziele po zawodach (niestety za krótka dla nas z powodu pociągu) - miało być bródno, a w zasadzie było czysto - i pewnie wiele innych rzeczy, o których przypomnę sobie później bo się nie wyspałem Kłet
To ja jeszcze dopiszę: - tor faktycznie przyjemny, można dobrze rozbudować tą miejscówkę - miałem satysfakcję wygrać w 1/16 finału z późniejszym zwycięzcą tych zawodów: Diabłem Koniuszewskim :) - od dziś wszystkie hopki których lądowanie jest wyższe od wybicia nazywamy step up ;)
- Kocur zrobił rypleja z zawodów w Rybniku, kiedy to zaliczył podobnego
zonka w wyścigu z tym samym rajderem: Tomkiem "Tomo" z łanmentimu...
rewanż wisi w powietrzu :) - co to do cholery jest PELCOWIZNA? 
edit po 6 latach: już wiem co to ;)
Zabel

|